Odkąd swoje życia zaczęliśmy przenosić do internetu, skarbnicą wiedzy pozwalającą na to, aby czegoś się o nich dowiedzieć stała się wyszukiwarka Google. To, jakie hasła najczęściej pojawiają się w polu “Szukaj” jest świadectwem popularności (albo jej braku) polityków, gwiazd show-biznesu czy sportowców. Okazuje się, że może też pomóc w ocenie stanu naszej gospodarki.
A jeśliby wierzyć wyszukiwarce, jest on naprawdę krytyczny. W mniej więcej połowie 2008 r. słowo “kryzys” zaczęło wspinać się na szczyty rankingów najczęściej wyszukiwanych wyrażeń. Od tego czasu szukamy go ponad sześć razy częściej. Podobnymi hitami są “recesja”, “depresja” i “załamanie gospodarcze”.
W związku z kryzysem zaczęliśmy obawiać się o swoją pracę. W ciągu kilku miesięcy dwukrotnie wzrosła liczba osób wpisujących do Google “bezrobocie”, a na początku 2009 r. zdecydowanie skoczyła w górę
liczba internautów, którzy “szukają pracy”. Obu słowom kluczowym daleko jednak do popularności, jaką cieszyły się na początku obecnej dekady.
Jeśli nie ma pracy, zawsze możemy spróbować zdobyć pieniądze od państwa. Wzrasta popularność słowa “zasiłek”. Sporo powiedzieć o obecnej sytuacji, a może i o społecznym klimacie naszego kraju, że wspomnianego “zasiłku” szukamy prawie dziewięć razy częściej od “pensji” i cztery razy częściej od “płacy” (ale już “emerytura” ustępuje mu tylko o połowę).
Kryzys wiąże się dla nas przede wszystkim z problemami ze spłatą kredytów
hipotecznych. I choć słowa kluczowe dotyczące samych pożyczek nie zyskały na popularności, to na przełomie 2008 i 2009 r. zaczęliśmy nagle szukać informacji na temat “windykacji” i “windykatorów”. Natomiast wraz z zabójczym dla kredytobiorców wzrostem kursu tej waluty w górę poszybowała liczba internautów wyszukujących “franka szwajcarskiego”.
Słabą złotówką interesowali się nie tylko Polacy. Od początku roku co najmniej kilkadziesiąt razy wzrosła liczba zapytań o “polish zloty”. W naszym kraju zaczęliśmy poszukiwać informacji na temat Goldman Sachs, głównego oskarżonego w sprawie spekulacji naszą walutą. Rezultatem tego jest również kilkunastokrotnie większe zainteresowanie “opcjami walutowymi”, które wiele firm
doprowadziły do bankructwa. A skoro już o bankructwie mowa, to w internetowych serwisach informacyjnych słowo to pojawiało się o wiele częściej niż “zysk netto” czy “dywidenda”.
Zmiany kursu naszej waluty spowodowały również, że bardziej atrakcyjna stała się praca za granicą. Takie wyrażenie stało się więc od razu bardziej popularne, choć wciąż daleko mu do szczytów z okresu tuż po wstąpieniu do Unii Europejskiej. Z drugiej strony przestało się opłacać wyjeżdżać na zagraniczny urlop – na przykład na narty do naszych południowych sąsiadów. Wraz z przyjęciem przez nich wspólnej waluty przestaliśmy już poszukiwać “urlopu na Słowacji”.
Obraz, który wyłania się z internetowych zapytań, jest więc raczej pesymistyczny, a na zakończenie przydałby się bardziej optymistyczny akcent. Może niech będzie nim to, że w czasach recesji zaczęliśmy odkrywać to, co wżyciu jest naprawdę ważne. Coraz więcej osób szuka “rodziny” i “miłości”. O wiele więcej niż “pieniędzy”.