January 2007


Z kraju 30 Jan 2007

Co najmniej czwórka dzieci, pracujący ojciec i matka zajmująca się domem – to idealny model rodziny według posłów PiS. Kto dorobi się takiej gromadki, może liczyć na darmowe wejścia do kina i teatru, a nawet tysiąc złotych co miesiąc.

Dziś w Polsce według danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej jest ponad milion rodzin wielodzietnych (troje lub więcej dzieci). Wychowuje się w nich blisko 3,5 mln dzieci. Ale zdaniem polityków rodzin wielodzietnych jest za mało. Posłowie PiS z sejmowej komisji rodziny i praw kobiet będą więc zachęcać rodziców do prokreacji. – Wprowadzimy dla nich ekstra rozwiązania – chwali się poseł Marian Piłka.

Warunek jest jeden. Rodzina musi mieć najmniej czwórkę dzieci, pracującego ojca i matkę pozostającą w domu, wychowującą swoje pociechy. I to za spełnienie tych kryteriów czeka nagroda. Poseł Mariana Piłki wyjaśnia, że każda taka rodzina, powinna dostać specjalną kartę. Ta będzie uprawniać do bezpłatnych wejść do muzeów, kin i teatrów. Dodatkowo dzieci miałyby ulgę na wstęp na pływalnię czy halę sportową.

Na tym jednak nie koniec. Tam, gdzie dzieci będzie więcej niż sześcioro, posłowie proponują dać tysiąc złotych pensji miesięcznie dla matki na wychowanie.

- Jeśli chcemy, aby rodzina była zdrowa moralnie, nie widzę możliwości, aby matka pracowała – argumentuje Anna Sobecka, posłanka niezrzeszona.

Izabela Jaruga-Nowacka z SLD: – Kobieta nie jest maszynką do rodzenia dzieci. Nie można komuś mówić, jak ma żyć, a tym bardziej zakazywać matkom pracować i robić karierę – przekonuje.

Ale PiS broni swojego pomysłu. – Odsetek rodzin wielodzietnych, w których rodzice mają wyższe wykształcenie, przekracza 20 proc., a to znaczy, że jest wyższy od średniej krajowej. A poza tym najwięcej przemocy wobec dzieci spotykamy nie w rodzinach wielodzietnych, ale w konkubinatach – przekonywał podczas posiedzenia komisji Marian Piłka.

Niestety, w ferworze prac nad pomysłem nimt w parlamencie nie obliczył, ile poselski pomysł kosztowałby budżet państwa. Niedługo sprawą zajmie się rząd.

 

Premier samotny, prezydent- 1 dziecko, a twórca projektu to stary  kawaler – jedno wielkie LOL :D

A ja bym za 10 dzieci proponował tytuł honorowego obywatela RP i jakiś medal jeszcze. Normalnie prawie jak w Koreii Północnej :)

Z kraju 30 Jan 2007

Uczelnia ojca Tadeusza Rydzyka otwiera nowy kierunek. Chce kształcić informatyków specjalistów od technik multimedialnych.

Rekrutacja na studia inżynierskie dla informatyków w toruńskiej Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej już ruszyła. Komunikaty o naborze nadawało Radio Maryja. Zajęcia rozpoczną się w drugiej połowie lutego. Uczelnia w ostatnich dniach grudnia dostała zgodę ministra szkolnictwa wyższego i nauki na prowadzenie nowego kierunku studiów.

Jesteś informatykiem? Szukasz pracy? Mamy dla Ciebie wiele aktualnych ofert pracy.

Zajęcia mają trwać trzy i pół roku, a po ich zakończeniu absolwent uzyska tytuł inżyniera informatyka. WSKSiM reklamuje się, że wychodzi naprzeciw potrzebom mediów, kształcąc osoby chcące pracować jako webmaster, grafik komputerowy, montażysta danych audiowizualnych, programista systemów informatycznych, administrator systemów informatycznych i sieci komputerowych.

- Informatyka w WSKSiM to studia realizowane w sposób przyjazny studentom – zachęca na łamach “Naszego Dziennika” twórca szkoły o. Tadeusz Rydzyk. – Znakomitej kadrze naukowej złożonej ze specjalistów z czołowych uczelni krajowych nie będą ustępować doskonale wyposażone w sprzęt i oprogramowanie pracownie informatyczne.

Kandydaci na studentów mogą składać dokumenty do końca stycznia. Do standardowych papierów wymaganych przez każdą uczelnię muszą dołączyć opinię proboszcza. Opłaty: czesne za semestr – 1,9 tys. zł i wpisowe 300 zł.

Informatyka to trzeci kierunek studiów w toruńskiej uczelni redemptorystów. Szkoła kształci już licencjatów z politologii oraz dziennikarstwa i komunikacji społecznej oraz magistrów politologów. Prowadzi także studia podyplomowe z dziennikarstwa, zasad wykorzystania funduszy unijnych oraz relacji międzynarodowych i dyplomacji.

 

Ciekawe czy za kilkanaście lat połowa absolwentów w naszym kraju będzie miała wyprane mózgi…

Z kraju 26 Jan 2007

Koalicjanci chwalą go za “solidaryzm” i sprzyjanie rodzinie, opozycja gani za brak reform, w tym obniżania podatków i kosztów pracy.

Nie obyło się bez małej awanturki, bo SLD sprzeciwiało się przekazaniu 40 mln zł Świątyni Opatrzności Bożej. Sejm poparł poprawkę korzystną dla Świątyni.

Dla PiS, Samoobrony i LPR budżet jest dobry, bo “solidarny”. I nie rujnuje finansów państwa, bo zachowane zostało 30 mld zł “kotwicy budżetowej” (taki ma być deficyt). Jako przykłady “solidaryzmu” koalicjanci wymieniają: dodatki dla najuboższych emerytów i rencistów (od 150 do 330 zł dla tych, których świadczenia są niższe od 1,2 tys. zł, na ten cel budżet wysupła 1,7 mld zł), 5-proc. podwyżki dla nauczycieli (dla stażysty to średnio 58 zł brutto miesięcznie; koszt dla budżetu – 1,5 mld zł), podwyżki po 218 zł brutto dla żołnierzy zawodowych, a także policji.

Budżet jest też prorodzinny: są pieniądze na podwójne becikowe – nie tylko dla najuboższych matek, ale także dla tych zamożnych – są środki na przywrócenie zlikwidowanego za czasów SLD Funduszu Alimentacyjnego (400 mln zł) i wydłużenie urlopów macierzyńskich (z 16 do 18 tygodni). Jest też prorodzinna ulga podatkowa – 120 zł rocznie na każde dziecko, nawet te w rodzinach zamożnych (ale nie rolniczych). Wszyscy podatnicy skorzystają na waloryzacji kwoty wolnej od podatku, progów oraz kosztów uzyskania przychodów. Olbrzymie środki trafią na wieś w postaci dopłat z Unii Europejskiej, dotacji do agencji i funduszy rolniczych, taniego paliwa, wyższej pomocy społecznej.

Krytycy budżetu – PO, SLD oraz PSL – zarzucali mu przede wszystkim zmarnowanie szansy – gdy mamy sprzyjający wysoki wzrost gospodarczy – na przeprowadzenie reform: finansów publicznych (na razie w ramach konsolidacji publicznych pieniędzy do budżetu włączono tylko środki z UE), podatkowej oraz kosztów pracy.

Opozycja naigrywała się z rządu, że obniżkę podatków odłożył dopiero na 2009 r. Zbigniew Chlebowski (PO) przekonywał, że podatki będą wręcz wyższe, bo wzrośnie w tym roku akcyza na benzynę i papierosy. Jednak rząd w ostatniej chwili – w grudniu – pod naciskiem opinii publicznej wyrzekł się podwyżek akcyzy na piwo i gaz do samochodów. Cały czas nie wiadomo, co będzie z akcyzą na olej opałowy – resort finansów deklaruje, że chce zrównać stawki na olej napędowy i opałowy, ale potrzebna jest do tego zmiana ustawy. W Sejmie zaś nie ma do tego woli politycznej.

Nie będzie też w tym roku redukcji kosztów pracy. Był to sztandarowy pomysł wicepremier Zyty Gilowskiej, na razie odsunięty na 2008 i 2009 r. W tym roku koszty nawet wzrosną, bo o 0,25 proc. w górę idzie składka zdrowotna.

Kolejnym poważnym zarzutem wobec tego budżetu jest brak “Taniego państwa”, a nawet rozrost administracji. Według PO w tym roku przybędzie w niej 6,5 tys. etatów. Znacznie więcej pieniędzy niż w ubiegłym roku trafi do Kancelarii Prezydenta i kancelarii premiera oraz IPN (wczoraj posłowie przyjęli poprawkę, by dołożyć Instytutowi kolejne 20 mln zł i dać w sumie 192 mln zł). Nie ma już mowy o sprzedaży VIP-owskich ośrodków rządowych (poza pałacykiem w Ciechocinku – prezydent chce go oddać dla weteranów z Iraku).

Wiceminister finansów Elżbieta Suchocka-Roguska tłumaczyła rozrost administracji tym, że służby skarbowe mają nowe zadania, a społeczeństwo oczekuje poprawy bezpieczeństwa, stąd wzrost zatrudnienia w wymiarze sprawiedliwości oraz różnych inspekcjach.

- Ale podstawową wadą tego budżetu jest rosnący dług publiczny, który sięga już prawie 500 mld zł. To, co było przekleństwem lat 80. za ówczesnego I sekretarza Edwarda Gierka teraz jest powielane. Przez rok rządów PiS dług wzrósł o 50 mld zł, w tym roku wzrośnie o kolejne 50 mld zł. Każdy statystyczny Polak jest zadłużony na 13 tys. zł – wyliczał w debacie Zbigniew Chlebowski (PO).

Wiceminister Suchocka przyznała, że w 2008 i 2009 roku wzrosną koszty obsługi długu publicznego (w tym roku to 28 mld zł, a np. w 2009 – już 33,7 mld zł). Tymczasem na te lata rząd Jarosława Kaczyńskiego zaplanował wprowadzenie dwóch stawek podatkowych (18 i 32-proc.) oraz obniżenie składki rentowej o 6 punktów. Według naszych obliczeń koszt obu reform to ponad 20 mld zł.

W piątek budżet ma trafić na biurko prezydenta, który ma siedem dni na jego podpisanie.

 

No to już wiemy jak wygląda tanie państwo i polityka sprzyjająca rozwojowi gospodarczemu według braci K…

Z kraju 24 Jan 2007

Hanna Gronkiewicz – Waltz wcale nie straciła mandatu z mocy prawa – twierdzą zgodnie konstytucjonaliści. To komentarz do wypowiedzi premiera Jarosława Kaczyńskiego i wicepremiera Ludwika Dorna, według których prezydent Warszawy przestała pełnić funkcję w dniu gdy upłynął termin złożenia oświadczenia majątkowego jej męża.

- To już przekroczyło granice absurdu – tak wypowiedzi premiera i wicepremiera komentuje wybitny konstytucjonalista profesor Piotr Winczorek. – żeby Hanna Gronkiewicz-Waltz straciła mandat musi być w tej sprawie uchwała Rady Warszawy. Może ją zastąpić decyzja wojewody, ale do czasu gdy jej nie ma Hana Gronkiewicz-Waltz jest prezydentem miasta – mówi Winczorek.

Według byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego prof. Marka Safjana, interpretacja przepisów, jaką stosują Jarosław Kaczyński i Ludwik Dorn, jest niedopuszczalna. – Nie można interpretować prawa, biorąc pod uwagę tylko jego literę. Prawo przecież czemuś ma służyć. Oświadczenia majątkowe służą kontroli majątku samorządowców – mówi Safjan. A żeby go ocenić potrzebne są oświadczenia obojga małżonków. Złożenie więc obu oświadczeń jednocześnie, a przez to spóźnienie się z jednym z nich o kilka dni, nie ma znaczenia.

Poza tym, zdaniem prof. Safjana, dwa różne terminy na złożenie oświadczeń przez małżonków to pułapka prawna. Trybunał Konstytucyjny już stwierdzał, że prawo nie może zawierać pułapek dla jego użytkowników, bo to niezgodne z konstytucją.

Zdaniem obu profesorów jest bardzo prawdopodobne, że Trybunał Konstytucyjny uzna przepisy ordynacji wyborczej za niezgodne z konstytucją i uchyli je. A sprawa może trafić do trybunału na przykład z inicjatywy sądu do którego chce się odwołać Hanna Gronkiewicz-Waltz w razie pozbawienia jej mandatu. Sąd może spytać trybunał o wykładnię prawa. Może też skierować sprawę do trybunału grupa posłów, ale wtedy wyrok sądu może zapaść przed wyrokiem trybunału i można sobie wyobrazić, że Hanna Gronkiewicz-Waltz sprawę przegra. Co wtedy?

Tu prawnicy nie są zgodni. Zdaniem prof. Safjana nawet w takiej sytuacji możliwy jest jej powrót na stanowisko. Według art. 190 ust 4 konstytucji decyzja trybunału o niezgodności przepisów z ustawa zasadniczą, otwiera furtkę do odwołania się od prawomocnych wyroków sądowych wydanych na podstawie tych przepisów. Prof. Winczorek uważa jednak, że jeśli do Warszawy wkroczy komisarz, nie będzie już mowy o powrocie prezydent Gronkiewicz-Waltz, chyba, że wygra następne wybory.

źródło: gazeta.pl

 

Bardzo jestem ciekaw jak ta sprawa się dalej potoczy. Z tego co pamiętam to ostatnim politykiem, któremu udało się tak manipulować prawem i narodem, że poczuł się Bogiem był … Hitler :?

Z kraju 22 Jan 2007

Informacje na ten temat miała przekazać oficerom Centralnego Biura Śledczego Katarzyna P., była konkubina Bogdana Tyszkiewicza, zamordowanego w sierpniu 2005 roku warszawskiego samorządowca.

Tyszkiewicz był łącznikiem między mafią pruszkowską a politykami tzw. układu warszawskiego: głównie z UW, a potem PO oraz SLD – pisze “Wprost”.

Mimo rekomendacji “Solidarności”, na jego start z list AWS w wyborach w Warszawie długo nie chcieli się zgodzić stołeczni działacze partii należących do AWS. Miała przeszkadzać im polityczna przeszłość związanego wcześniej z UW Tyszkiewicza oraz to, że nie wypełnił on oświadczenia dotyczącego współpracy z służbami PRL.

Paweł Poncyliusz należał wówczas do zespołu negocjacyjnego z ramienia Ruchu Stu. Wg Katarzyny P., w zamian za 50 tys. zł miał pomóc Tyszkiewiczowi, by ten znalazł się na pierwszym miejscu listy kandydatów na radnych gminy Centrum. Tyszkiewicz został radnym, a później – przewodniczącym rady.

Poncyljusz: To nieprawda

- Nigdy nie wziąłem od Tyszkiewicza żadnych pieniędzy, dlatego nie wiem, skąd wzięły się te zeznania – powiedział Poncyljusz w rozmowie z “Wprost”. – Rzeczywiście, w 1998 r. brałem udział w negocjacjach dotyczących układania list wyborczych, ale wysokie miejsce Tyszkiewicza wynikało z tego, że mocno forsowała go “Solidarność”. Zresztą był on wtedy jedną z najbardziej wpływowych osób w warszawskim samorządzie – dodał.

“Ta publikacja narusza moje dobra osobiste”

W oświadczeniu wydanym w nocy z niedzieli na poniedziałek przez Biuro Prasowe Ministerstwa Gospodarki wiceminister Poncyljusz pisze, że informacje opublikowane w tygodniku “Wprost” “nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, są nieprawdziwe i naruszają jego dobra osobiste”.

- Nigdy i w niczym nie pomagałem Panu Bogdanowi Tyszkiewiczowi. Nigdy nie otrzymałem od niego ani z jego polecenia żadnych korzyści majątkowych. Informacja, że miałem ustąpić miejsca na liście osobie, którą publicznie kontestowałem jest absurdalna. Startowałem z zupełnie innej listy i w innym okręgu wyborczym niż Pan Bogdan Tyszkiewicz – czytamy w oświadczeniu.

Według wiceministra, o pozycji na liście wyborczej w wyborach samorządowych w 1998 roku decydował kilkunastoosobowy komitet, w którym wiodącą rolę odgrywali działacze mazowieckiej “Solidarności”. – Rola innych ugrupowań była nieporównywalnie mniejsza, a reprezentowany przeze mnie “Ruch 100″ miał najmniej do powiedzenia – zaznaczył Poncyljusz.

“Źródło Wprost jest niewiarygodne”

Według niego, źródłem informacji dziennikarzy tygodnika “Wprost” jest osoba wysoce niewiarygodna. W sprawie Katarzyny P. toczy się postępowanie prokuratorskie. Przebywa ona w areszcie śledczym i bez żadnych konsekwencji może formułować najbardziej nieprawdopodobne oskarżenia wobec osób trzecich.

- Od wielu miesięcy docierały do mnie sygnały, że gorączkowo poszukiwane są materiały, które miałyby mnie zdyskredytować. Każdą tego typu publikację odbieram jako nieprzypadkową. Dziwi mnie jednak absurdalność zawartych w materiale prasowym treści. Zdaję sobie sprawę, że moja działalność jako wiceministra gospodarki odpowiedzialnego za górnictwo i offset, może być niewygodna dla wielu środowisk prowadzących szemrane interesy w tychże branżach – stwierdza w swym oświadczeniu wiceminister.

Wiceministrowi nie grożą sankcje prawne

Jak się dowiedział “Wprost”, informacja o zeznaniach obciążających Poncyljusza dotarła już do premiera Jarosława Kaczyńskiego. Ze wstępnych analiz prawnych wynika, że nawet gdyby Katarzyna P. mówiła prawdę, wiceminister nie będzie miał kłopotów z wymiarem sprawiedliwości, gdyż odpłatne odstąpienie miejsca na liście nie było – w myśl ówczesnego prawa – przestępstwem. O tym, czy Poncyljusz pozostanie w rządzie, zadecyduje premier.

Next Page »