Dostałem dziś na meila bardzo ciekawy artykuł - niestety nie znam autora :(

 

Dwa tygodnie po wyborach samorządowych postanowiłem skontaktować się z nowymi radnymi. Jako “szary obywatel” zgłosiłem się do nich ze sprawami uniwersalnymi, których problematyka pasowałaby do każdego polskiego miasta. Postanowiłem wysłać maile do co najmniej trzech radnych z każdego z dziesięciu największych miast. Niestety… Radni Krakowa, Katowic, Łodzi i kilku innych miast wolą pozostać anonimowi. Czasem na stronach urzędów miejskich nie można znaleźć nie tylko kontaktu do nich, ale nawet ich nazwisk. Czemu politycy ukrywają się przed tymi, którzy oddali na nich głosy, spytałem socjologa polityki, profesora Jacka Raciborskiego. - To jest zdumiewające, takie zachowanie jest sprzeczne ze standardami demokracji. W USA politycy korespondują z wyborcami, sami wysyłają do nich tysiące wiadomości - mówi profesor.

W końcu udało mi się znaleźć adresy mailowe radnych z czterech dużych polskich miast. Niekoniecznie tych radnych, z którymi chcieliby porozmawiać przeciętni obywatele. Spośród warszawskich radnych dwa tygodnie po wyborach tylko jeden udostępnił kontakt do siebie na stronie internetowej urzędu miasta. Szczecińscy rajcy byli bardziej skorzy do internetowego dialogu z wyborcą. Przynajmniej teoretycznie, bo na maila żaden z nich nie odpowiedział. O przyczyny spytałem dyrektora biura rady. Nie wiem, czemu radni nie odpowiedzieli na Pana e-mail. Pana zapytanie przekażę radnym. Pozdrawiam A. Bartczak - przeczytałem w wiadomości. Kto jednak, jeśli nie szef biura radnych ma znać odpowiedź na pytanie, dlaczego ci nie chcą z wyborcą rozmawiać?

Zachęcam do dyskusji

Tylko radni Gdyni jak jeden mąż odpowiedzieli na wszystkie moje pytania. Pierwsze dotyczyło oświaty, drugie banalnego problemu psich kup. Gdyńscy rajcy nie tylko poważnie potraktowali te kwestie, ale zachęcili mnie - “szarego obywatela” - abym, jeśli mam jakieś pomysły, podzielił się nimi. Zachęcam do dyskusji i kontaktu, jeśli zna Pan jakieś przykłady działań, które przybliżyłyby nas do rozwiązania problemu - zapraszam do kontaktu - napisał w mailu radny Marcin Wołek. Reszta zapewniła, że kwestia ta zostanie podjęta na spotkaniu odpowiedniej komisji. O to, dlaczego część kolegów z innych polskich miast niemal ukrywa się przed wyborcami, postanowiłem spytać innego szczecińskiego radnego. - Niestety trudno mi się odnieść do Pańskich uwag co do lekceważenia wyborców przez innych radnych czy posłów - mówi Marek Łucyk. - Bardzo miło jest jednak słyszeć, że gdyńscy radni bez względu na partyjną przynależność reagują na pytania wyborcy.

Najszybciej odpowiedział jednak Andrzej Golimont, jedyny warszawski radny, którego adres można było znaleźć wkrótce po wyborach. Pardon. Odpowiedziała mi automatyczna mailowa sekretarka: Serdecznie dziękuję za list. W ciągu kilku godzin zapoznam się z jego treścią i odpowiem. Godzin minęło nie kilka, ale dwieście kilka, a wiadomość od radnego nie nadeszła. Podobnie jak od żadnego z trzech płockich włodarzy, do których napisałem. Już oficjalnie, jako dziennikarz, zadzwoniłem do jednego z nich - wiceszefa płockich rajców Arkadiusza Iwaniaka. Od nieco zmieszanego radnego usłyszałem takie oto wyjaśnienie: - Do wtorku nie miałem pewności, że mam ten sam adres. Zresztą częściej sprawdzam prywatną pocztę. Naprawdę nie wiem, dlaczego nie patrzyłem na nowe wiadomości. Dzisiaj na pewno to sprawdzę. Warto zaznaczyć, że od momentu gdy wysłałem maila do radnego do chwili naszej rozmowy telefonicznej minęło 10 dni.

@sejm.pl

Na szczęście adresy mailowe polskich parlamentarzystów jest dużo łatwiej zdobyć niż większości radnych. Wystarczy wpisać imię, kropkę i nazwisko posła, po czym dodać “@sejm.pl”. I takim oto sposobem udało mi się wysłać maile do sześciu parlamentarzystów trzech sejmowych klubów. Jako “szary obywatel” tym razem wystąpiła też moja koleżanka. Z każdego klubu wybrałem jedno nazwisko znane i jedno mniej popularne. Moją wiadomość otrzymali posłowie PiS Tadeusz Cymański i Zbigniew Dolata, Samoobrony Danuta Hojarska i Hubert Costa oraz PO Joanna Fabisiak i Waldy Dzikowski. Odpowiedział tylko ostatni za pośrednictwem swojego asystenta. W odpowiedzi, którą dostała moja koleżanka - młoda matka zaniepokojona, że liberalny rząd PO zniesie ulgi na dzieci - mogła przeczytać: Dziękuję za Pani email, jego treść przekażę niezwłocznie posłowi Dzikowskiemu. (…) Pragnę zapewnić, że intencją Platformy jest stworzenie systemu opieki pozwalającej również młodym matkom wychowywać dzieci bez kolizji z ich ambicjami zawodowymi i edukacyjnymi…

Niestety reszta parlamentarzystów, do których trafiły maile, nie raczyła nawet odpowiedzieć na nie w równie lakoniczny sposób. Co więcej, nie odezwała się też posłanka Joanna Fabisiak, która na swej stronie internetowej zapewnia: Proszę o zgłaszanie zagadnień, które Państwa zdaniem powinnam poruszyć na forum Sejmu poprzez wniesienie projektu ustawy, interpelacji, zapytania poselskiego lub pytania w sprawach bieżących. Zachęcam Państwa także do przesyłania mi uwag i opinii drogą mailową. Zachęta poskutkowała, lecz odpowiedzi brak. Tak jak od posłów Samoobrony i PiS-u. Oczywiście zawsze można tłumaczyć to faktem, że “szary obywatel” może pojawić się na ich dyżurze i otrzymać wszelkie potrzebne informacje. Tylko czemu w takim razie ma służyć poczta elektroniczna, której adresy “wiszą” na stronie Sejmu?

Władza dla ludu czy lud dla władzy?

O lekceważące podejście polityków do wyborcy spytałem doktora Macieja Kryszczuka, specjalistę od politycznego PR-u. - W Polsce kultura polityczna jest na najniższym poziomie. Relacja bezpośrednia między wyborcą a jego reprezentantem nie jest w naszym kraju praktykowana. Nowych radnych da się usprawiedliwić, bo dopiero wchodzą w swoje role. Parlamentarzyści mają jednak 12 tysięcy złotych na prowadzenie biura i ktoś z niego powinien na maile odpowiadać - twierdzi Maciej Kryszczuk. Najciekawsze jest jednak to, że nie tylko posłowie, ale i radni lekceważą wyborców, a to przecież oni powinni być najbliżej ich problemów. To oni dokładnie wiedzą, jak wyglądają ich dzielnice i jakie zmiany ułatwiające życie przydałyby się w mieście.

Rzadko zdarza się usłyszeć od polityka sentencję, której autorem jest Marek Łucyk: - Jak mógł się Pan przekonać, z mojej strony zawsze udzielam odpowiedzi na jakiekolwiek pytania. Jeżeli widzi Pan potrzebę spotkania, proszę o kontakt. Jeszcze rzadziej zdarza się, że jest to prawdą, a szkoda. Bo politycy szkodzą tym przeciętnemu obywatelowi czy miastu. Niestety nie zdają sobie sprawy, że szkodzą też sobie. Jak mówi doktor Kryszczuk: - Wpływa to na wizerunek polityka, o ile zostanie nagłośnione. Oni są wybrańcami narodu, więc jeśli naród się do nich zgłasza, to powinni zareagować. Profesor Raciborski dodaje: - To jest sprzeczne z ich interesem wyborczym. Nawet nie myślą o reelekcji. W dojrzałych demokracjach zaczynają nad tym pracować tuż po wyborach.